środa, 1 października 2014

dyniowe love...




Jeśli zaglądacie do mnie już jakiś czas wiecie, że uwielbiam białe dynie. Każdej jesieni  z  tej miłości powstawały szydełkowe odpowiedniki tego cuda. 

piątek, 26 września 2014

dzisiejsze poranek...


Kiedyś śniadanie mogło dla mnie nie istnieć. Wystarczała mi szklanka gorącej herbaty wypijana gdzieś pomiędzy myciem a ubieraniem się. Dziś nie wyobrażam sobie by wyjść z domu na tzw. „pusty żołądek”, bo nauczyłam się, że śniadanie to podstawa, to energia na cały dzień. Brzmi  to trochę jak tekst z kiepskiej reklamy, ale to prawda, a  jeśli jest zdrowe i smaczne to niemalże ideał...

poniedziałek, 22 września 2014

jesień...



Jutro początek kalendarzowej jesieni i powolutku przystrajam dom na jej przyjście... owoce pigwowca (nie mylić z pigwą) rozkładam gdzie tylko się da - pachną piękniej niż niejedna świeca.  Choć i te ostatnie palę niemalże przez cały dzień i to w ilościach hurtowych, lubię ich miękkie światło, ten blask, który doświetla każdy kąt... W sklepie na literkę „B” wypatrzyłam pled w żółto – musztardowym kolorze. Jest świetnym uzupełnieniem do ubiegłorocznego szarego i „gwiazdkowego” z Iba Laursena...

wtorek, 9 września 2014

kuchenne migawki...

W sobotę miałam to szczęście, iż brałam udział w niesamowitych warsztatach fotograficznych i dziś  sprawdziłam w praktyce wiedzę tam  zdobytą... do tej pory zdjęcia robiłam funkcją "makro" i w Corelu je "ulepszałam" ... dzisiejsze zdjęcia to praca/próby z "manualem"... co sądzicie o nich? ja jestem zadowolona z efektu... przyznaję się, iż do statywu jeszcze się nie przekonałam, chyba dlatego, że ja po prostu lubię trzymać aparat w dłoni...




środa, 3 września 2014

już wrzesień...


Zaległości sklepowe opanowane, a co najważniejsze nadrobione. Odpisałam już prawie na wszystkie maile, jutro przed południem wyślę ostatnie, wiec proszę Was czekające na wieści ode mnie o  jeszcze chwilkę w cierpliwości... W ramach relaksu pobuszowałam troszkę po Waszych blogach i na którymś z ulubionych zobaczyłam informację HOME SWEET HOME ostatni post 3 miesiące temu... o zgrozo!! Jak ten czas szybko leci... przecież dopiero był maj i pachniała Saska kępa... a tu wrzesień i początek roku szkolnego i jesień, którą już czuć w powietrzu... Przez te 3 miesiące wiele się działo, oj wiele... były wakacje nad morzem... à propos jaka jest według Was najlepsza pamiątka z nad polskiego morza?? Ja przywiozłam drzewko laurowe, które już niedługo będzie miało swój debiut na blogu... Fajny czas spędziłam też u rodziców w Węgorzewie... były zabawy w jeziorze, nauka pływania (to Staś oczywiście), i świetne środy w Parku Helwinga.

piątek, 23 maja 2014

b jak bazarek, b jak botwinka...



   Bardzo lubię wycieczki na bazarek, z którego wracam obładowana jak przysłowiowa „matka polka”, ale szczęśliwa... bo bazarek kusi kolorami, zapachami...

  „Polecam ogórki małosolne, jako jedyni dodajemy do nich sól morską” –zaczepił mnie wczoraj sprzedawca... brzmiał tak przekonująco, że skusiłam się na kilka sztuk, niesamowicie pachnących koprem i czosnkiem... były świetnym dodatkiem do wczorajszej sałatki z tuńczyka, razem z brązowymi pomidorami, kuskusem i szczypiorkiem.


   

piątek, 9 maja 2014

koronki królowej Anny...


W necie znalazłam informacje, iż tak w krajach anglosaskich nazywa się "dziką marchew"
czyż ta nazwa nie jest romantyczna i jakże prawdziwa...
wszak te drobne kwiatuszki swoim wyglądem naprawdę przypominają najdelikatniejsze koronki...



A oglądając zdjęcia na pinterest po raz kolejny przekonałam się, iż nie trzeba wydawać fortuny
by stworzyć niezwykłe bukiety i wspaniałe dekoracje....


środa, 7 maja 2014

maj...



i bez to nierozłączny duet... chociażby za sprawą piosenki Agnieszki Osieckiej. Ręka w górę, kto nuci "to był maj, pachniała Saska Kępa..." na widok każdego krzaka bzu... Pierwsza podnoszę rękę...



wtorek, 29 kwietnia 2014

bukiet...




 Coś jest ze mną nie tak... post dzień za dniem, to do mnie niepodobne ;) ale przecież obiecałam poprawę... nie wiem, jak, tak naprawdę nazwać określić ten mój blog - nie jest blogiem wnętrzarskim, bo mało w nim naszego domku - tylko dlatego, że mam problem ze zrobieniem dobrych zdjęć. Każdy kąt po uwiecznieniu na zdjęciu wygląda nijako... gdy patrzę na niego w realnym świecie jestem zadowolona z efektu, jaki udało mi się osiągnąć - gdy patrzę na to samo miejsce na zdjęciach nie jestem zadowolona, czegoś mi brak... więc na pewno nie jest to blog wnętrzarski... Home Sweet Home nie jest też blogiem stricte o rękodziele, bo tego akurat teraz jest najmniej, prze moje chyba lenistwo... ale plany ambitne są i już powolutku zaczynam je realizować... nie jest też blogiem sklepowym, mało tego, prawie za każdą wzmiankę o sklepie dostaje mi się od anonimów za reklamę ;) więc jak jest??? dokąd zmierza... z założeni miał być blogiem o tym co lubię, co mnie inspiruje, pasjonuje, czyli de facto o wszystkim...

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

jedna literka, czyli języka gięcie... i candy na zachętę...

Uwielbiam zabawy z językiem polskim... pewnie to trochę brzmi dziwnie, ale naprawdę lubię rymowanki, zgadywanki, rebusy i wszelkiego rodzaju krzyżówki, no może niekoniecznie te z gazetek reklamowych, ale to tylko drobny szczegół... ostatnio M wypożyczył kilka książek z biblioteki  i siedząc wygodnie na kanapie próbowałam na odległość zgadnąć ich tytuły- "zgadnąć" to dobre słowo, bo mój wzrok nie należy do najlepszych, i powinnam nosić okulary i zwykle je noszę, ale w torebce.Wracając jednak do tytułu książek, jeden brzmiał, po moim odcyfrowaniu "Jak poszukiwano Hitlera"  i pomyślałam, że to kolejna książka pełna domniemań i teorii spiskowych, i że będzie mi na nią szkoda czasu... później układając książki na półce zauważyłam, że tytuł brzmi jednak "Jak oszukiwano Hitlera". Jedna literka a jak zmieniła sens... zupełnie inne słowo, inne znaczenie...i tak zrodził się pomysł na zabawę dla Was, ale o tym za chwilę...

Jedna literka a zmienia sens, znaczenie, ba zmienia wszystko...  bo między "oszukiwaniem", a "poszukiwaniem" jest ogromna różnica, tak jak pomiędzy "lamą" i "lampą", jak pomiędzy słowem "tak" i "ptak"... wystarczy też zmienić jedną literkę na "p" i mamy też nowy wyraz, o chociażby "młot" i "płot"... tak sobie rozmyślałam w sobotę idąc na zakupy... pewnie trochę dziwny temat na rozmyślania, ale lista sprawunków spoczywała bezpiecznie w kieszeni, moi panowie razem spędzali czas budując wieżę z klocków, więc ja mogłam oddać się  rozmyślaniom o wszystkim i niczym... bo ile można marzyć - trzeba działać, nie tylko myśleć... ale to temat na inny post... więc idąc na zakupy myślałam o takich właśnie bzdurkach i stwierdziłam, że mam pomysł na CANDY, bo 23 kwietnia minęło 6 lat (!!), jak prowadzę (piszę??) ten mój blog... szmat czasu i nie będę teraz robiła podsumowania, na to też może kiedyś przyjdzie czas ;))

Teraz Kochani chciałam Was zaprosić na zabawę - jedna literka zmienia wszystko