piątek, 3 listopada 2017

Bardzo niekulinarny post...


Trochę przewrotny ten dzisiejszy tytuł. Wymyśliłam sobie,  że piątki na blogu rezerwuję dla kuchni. Będę dzielić się z Wami i przepisami na  pyszne dania z warzyw.  Brzmi świetnie.  W teorii... 
Bo po pierwsze piszę wówczas, kiedy mam czas. Po drugie nie gotuję specjalnie by jakiś przepis umieścić na blogu, ale to moje codzienne zajęcie. I gdy coś smakuje nam bardzo i uważam, że warto się podzielić przepisem to chwytam za aparat i robię zdjęcia. No tak, ale nie mając studia fotograficznego i robiąc to bardzo spontanicznie nie zawsze efekt końcowy jest zadowalający. A powtórki nie ma jak zrobić, bo głodna rodzina domaga się obiadu i swoich kotletów z selera na przykład. I materiału na blog brak.  Inaczej było wczoraj. To miał być wpis zaplanowany, nic spontanicznego. Oczyma wyobraźni widziałam zachwyty nad idealnymi, wystudiowanymi zdjęciami. Deklaracje, "iż zrobię na pewno" i "wygląda smakowicie". A wyszło jak zawsze... Ale od początku.... Przeglądając szafki kuchenne by sprawdzić co trzeba dokupić, co uzupełnić zauważyłam 2 (tak, DWIE) kilogramowe paczki słonecznika. Lubimy pastę z jego ziaren i często gości na naszym stole, ale bez przesady. Zresztą bez problemu ziarno słonecznika można dostać niemalże przez całą dobę w naszym mieście. Nie wiem jak to się stało, że mam aż takie zapasy ziarenek. No ale jak już są, to trzeba działać pomyślałam i postanowiłam upiec pasztet.  Przy pomocy wujka Google znalazłam ich kilka i zaczęłam przeglądać. I szkoda tylko, że przepis Olgi Smile na pasztet z użyciem kaszki kukurydzianej jest powielany na wielu blogach kulinarnych bez podania autora. No ale to tak na marginesie.  Jakoś tak mnie ostatnio drażni łamanie praw autorskich.  Przeglądam sobie te przepisy i okazuje się, że nie mam:
·      kaszki kukurydzianej i mąki z tapioki (choć samą tapiokę już tak i to nawet w 2 kolorach)
·      marchewki (ostatnie 2 wylądowały w zupie pomidorowej przedwczoraj, a dopiero jutro jadę na bazarek by kupić taka od rolnika)
·      żurawiny (to nie problem, bo mam śliwki wędzone)
·      kaszy jaglanej, tzn. mam ale wymieszaną z żurawiną (a jednak mam żurawinę!) truskawką i ananasem. Przyznacie, że to trochę dziwne zestawienie jak na wytrawny pasztet.
Tak więc wszystkie interesujące przepisy okazały się nieprzydatne. I zaczęła się  wielka improwizacja. Ugotowałam kaszę orkiszową (lubimy ją bardzo ). Zmieliłam surowe pestki słonecznika, dodałam podsmażony na oleju z odrobiną masła czosnek i cebulę szalotkę. Do masy sypnęłam suszonej marchewki, wkroiłam wędzone śliwki, doprawiłam zmielonym zielem angielskim  pieprzem, listkiem laurowym i wędzona papryką. Na soli nie oszczędzałam.  Wysmarowałam keksówkę masłem i wysypałam bułką. I piekłam... i piekłam... i piekłam... aż przepiekłam pasztet, a jego skórka wyszła twarda i nieapetyczna, bo w smaku całkiem fajny. Tylko, że użyłam za dużej keksówki i pasztet wyszedł niski, i tak naprawdę w 3/4 składa się z przypieczonej skórki, a 1/4 to pyszny  środek, czyli nie za bardzo jest się czym chwalić i dzielić przepisem. .Ale na pewno powtórzę go i to nie raz. I już planuję, że zrobię  go z dodatkiem marchewki (by dodać wilgotności i koloru), suszonymi pomidorami i pestkami dyni. Efektem podzielę się na pewno, jeśli tylko będzie zadowalający. Ale to wszystko dowodzi,  że daleko mi do blogerki kulinarnej, zresztą NIGDY nie miałam takich aspiracji.  



Ale żeby było choć troszkę kulinarnie i by powstała nowa świecka blogowa tradycja opowiem dziś o fajnych warsztatach kulinarnych, w których Staś bierze udział. W każdą sobotę w warszawskiej Arkadii są organizowane przez Szkołę na widelcu warsztaty kulinarne dla dzieci. (zapisy na tej stronie, w każdy poniedziałek od 12).  O fundacji Szkoła na widelcu pisałam już kiedyś na blogu (o tu) . A udział w jednym z konkursów organizowanym na ich fanpage zakończył się moją wygraną i fantastyczną książką z autografem Grzegorza Łapanowskiego. Zatem gdy okazało się, iż Szkoła na widelcu organizuje warsztaty w Arkadii  nie mogło nas tam zabraknąć. Co prawda Staś był na początku rozczarowany, iż to nie Jamie Oliver będzie uczył ich robić szakszukę. 


Jednak młody, charyzmatyczny zespół  Szkoły na widelcu sprawdza się wyśmienicie, a zupa dyniowa z salsą z mango i ananasem, jak i wspomniana wyżej szakszuka   na stałe wejdzie do naszego menu. Jutro dzieci będą uczyć się jak zrobić  knedle ze śliwami. Liczę, że i ja się podkształcę,  bo knedle robiłam z raz, no może dwa razy w moim kulinarnym życiu i to z ciasta twarogowego, nie ziemniaczanego. Musicie wiedzieć, iż warsztaty są podzielone tematycznie,  co dwa tygodnie zmienia się główny bohater kulinarnych działań. Był już pomidor i szakszuka właśnie. Była dynia i zupa dyniowa (i placuszki/racuszki). Przez najbliższe dwa tygodnie bohaterem będzie ziemniak.  A później będą kusić kuchnie świata i egzotyczne owoce. I być może właśnie inspiracji do warsztatów Grzegorz Łapanowski poszukuje teraz  w Wietnamie.  



Warsztaty w Arkadii to fajnie spędzony czas z rówieśnikami i gotowanie inaczej niż w domu.  To utrwalanie zdrowych nawyków żywieniowych i udowodnienie, że zdrowo nie znaczy nudno.  

Miłego weekendu Kochani
Ania

8 komentarzy:

  1. Zupka z dyni na jesienny chłód jest idealnym pomysłem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, jesień bez zupy z dyni nie jest prawdziwą jesienią ;) Choć w domu gotuję rzadko, bo moje dziecko twierdzi, ze najlepsza jest w Dymniolandzie i nawet nie próbuję z nimi konkurować :) Zupa z warsztatów kulinarnych Szkoły na widelcu była zupełnie inna. Tej oryginalności dodało mango i ananas, ale Staś potraktował ją bardziej jak deser, nie danie obiadowe i chyba dlatego Mu tak smakowała, że zjadł całą miseczkę (ja tylko spróbowałam). Bo według Niego PRAWDZIWA zupa dyniowa ma wyglądać (i smakować) jak jarzynowa.
      pozdrawiam cieplutko
      Ania

      Usuń
  2. Doskonale Cię rozumie, też czasami chciałabym się popisać moimi kulinarnymi osiągnięciami i podzielić przepisem. Ale no cóż potrawa często o wiele lepiej smakuje niż prezentuje się na zdjęciach ;) a z przepisem też jest problem bo ja bardzo często stosuje proporcje "na oko". Blogerką kulinarną nie zostanę to pewne :)Ale jak zrobię pierogi to moi panowie mówią do mnie mistrzu ;)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ivonna :) masz rację, czasem trudno zrobić fajne zdjęcie :) np. paście jajecznej lub sałatce z tuńczyka :) tym bardziej jak rodzina głodna (nie) cierpliwie czeka na swoja porcję :) ale pocieszam się, że Ty i ja traktujemy to jak dobrą zabawę :) bo tym dla mnie jest i powinno być blogowanie - przyjemnościom, nie przymusem :) I wciąż niezmiennie zachwycają mnie Twoje prace :)
      pozdrawiam cieplutko
      Ania

      Usuń
  3. Zupę dyniową odkryłam w tym roku.Śmieszne ze dopiero? być może ale u nas nie było tradycji ale każda tradycja miała kiedyś swój początek.Też wiele już razy szukając przepisu z niesmakiem widzę ,że ktoś od kogoś zrzynał ,chyba po dacie można poznać kto od kogo ,nawet nie fatygują się poudawać zmiany ze 150 ml na 152.Żartuję ale to jest takie paskudne i krzywdzące po prostu.Super ,zapodawaj dobre przepisy ,tego nigdy za wiele,będą fajne piątki na blogu.Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie, nie śmieszne.. w moim rodzinnym domu nie było tradycji jesiennej zupy dyniowej. Mojej Mamie kojarzyła się z zacierkami dyniowymi na mleku, czyli koszmarem Jej dzieciństwa i chciała nam tego oszczędzić ;) więc dynia tylko w zalewie słodko-kwaśnej... Ja "odkryłam" ją 7 lat temu - to było pierwsze warzywko, które przyrządzałam dla Stasia :) i tak ja rodzinnie polubiliśmy :) w nadzieniu do pierogów, ciastach... a zupa... długo trwało poszukiwanie tej idealnej i choć każda była pyszna Staś zawsze twierdził, że najlepsza jest w Dyniolandzie i basta (o tym piszę dziś) ...
      a tak inspiracje kulinarne ( i nie tylko kulinarne) to temat rzeka... gdzie zaczyna się plagiat, gdzie kradzież, a gdzie tylko inspiracje??? cienka linia.... ja robiąc na szybko rachunek sumienia staram się zawsze podawać źródło przepisu. Czasem to link, czasem tylko krótka notka o autorze, ale nie przypisuję sobie czyiś zasług :)
      pozdrawiam cieplutko
      Ania

      Usuń
  4. i ja nie zostanę blogerką kulinarną choć przepisy pojawiają się na moim blogu:))
    lubię gotować a właściwie eksperymentować w kuchni,czasem z takim skutkiem jak Twój pasztet:)ale to przecież życie:)super kucharzom też nie wychodziło wszystko od razu:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to bardzo smakowite przepisy powinnaś napisać :) Ten pasztet warzywny kusi mnie już jakiś czas :) Także bardzo lubię grillowaną cukinię według przepisu Ani Włodarczyk z Strawberry from Poland :) Chyba poproszę Mikołaja o nową książkę Ani :) a eksperymenty są bardzo ciekawe w swych skutkach ;) i tak naprawdę ten pasztet był fajny w smaku tylko za suchy :) stąd pomysł na marchewkę następnym razem :)
      pozdrawiam cieplutko
      Ania

      Usuń

Dziękuję ...