niedziela, 27 września 2015

niedzielny kadr...

„Obiad zjedzony, dzień zaliczony” mówi mój znajomy, więc życzenia „miłej niedzieli”  o tej o porze, to jak musztarda hmmm, no właśnie, po obiedzie... no co mi z tym obiadem dziś się wszystko kojarzy... być może dlatego, że taki leniwy dzień dziś mamy... że na obiad makaron- kluski, jak mówią niektórzy - ze śmietaną i sosem malinowym dla Stasia i suszonymi pomidorami (a jakżeby inaczej) dla mnie. 

Zdjęć nie robiłam, bo ważniejsze było wspólne przygotowywanie posiłku ze Stasiem niż utrwalanie tych chwil w kadrach. A zresztą mamy zafoliowane okna w kuchni i brak naturalnego światła nie sprzyja fotografowaniu. W moim przypadku przynajmniej, widać fotograf ze mnie marny  i to nie kokieteria i powód byście w komentarzach pisały, że to nie prawda, twoje zdjęcia zachwycają, itp. Nie, to zwykłe stwierdzenie faktu, nie po raz pierwszy w dzisiejszym poście. No więc wspólne gotowanie, pisałam o tym nie raz, to świetna zabawa i choć muszę wówczas na wszystko 158 razy bardziej uważać lubię te nasze wspólne chwile w kuchni. Lubię opowiadać Stasiowi, a On lubi słuchać (takie mi się wydaje) o zdrowej kuchni, o produktach bez chemii (standardowe pytanie Stasia w trakcie zakupów „Czy to zawiera chemię?”). Wspomniana wcześniej śmietana, czy zauważyłyście ( i zauważyliście) jak trudno jest kupić dobrą śmietanę? Bez gumy guar, bez mączki chleba świętojańskiego i innych „dodatków”? A wędlinę??? Gdzieś przeczytałam fajny tekst „parówki, przy produkcji których nie ucierpiało żadne zwierzę”, Śmieszne, ale tylko na pozór, bo no właśnie, co jest w parówkach, które nasze dzieci uwielbiają? Czasem kupuję Bąblowi te z 93% mięsa na domowe hot dogi, ale i tak mam wyrzuty sumienia. A co z innym wędlinami? No ktoś powie kup mięso, upiecz i nie marudź. Niby ma rację, ale jaką mam pewność w jakich warunkach i  czym było karmione zwierzę, z którego zrobiono tę czy tamtą szynkę? Po tych wszystkich przemyśleniach bardzo mocno ograniczyliśmy spożycie mięsa. Ja wykluczyłam je zupełnie ze swojej diety. Moi panowie czasem skuszą się na domowe hot dogi właśnie, czy „chipsowe kotlety” (czyli w panierce z płatków kukurydzianych i wędzoną papryką). Jednak nie mam wpływu na to, co chociażby Staś je w przedszkolu. Tyle słów napisano o posiłkach w szkołach, jak to się wszystko zmieniło w tym roku szkolnym. Nie tylko w szkołach powinno się dodawać, bo i w przedszkolach. A przynajmniej, w tym, do którego uczęszcza Staś. Zrezygnowano tu w zupełności ze słodkich płatków śniadaniowych, to duży plus, ale dzieci nie chcą jeść owsianki (tym bardziej, że bez cukru!) wiec pozostają „nudne” kanapki. I tak dzień za dniem... A wystarczyłoby w tej owsiance biały cukier zastąpić np. brązowym, miodem lub. sokiem owocowym. Nie wiem jak wy, ale ja na myśl o kaszy mannie z sokiem mam ślinotok. Znam, co prawda tylko z opowieści, przedszkola, w których Dzieci na drugie śniadanie dostają suszone owoce i domowe ciasto. Dla mnie to brzmi jak poezja. Bo zamiast kupnej drożdżówki mógłby być placek z sezonowymi owocami, ciasto marchewkowe lub dyniowe. Obiady bez grama soli i nie ma co się dziwić , iż talerze wracają z niezjedzona zupą. A wystarczyłoby zmienić na sól morską, bo sól jest potrzebna dla organizmu. Cytuję za portalem ABC zdrowie:
Spożywanie soli jest obecnie dość kontrowersyjnym tematem, stale słychać bowiem głosy, że sól szkodzi zdrowiu. Faktycznie, jej nadmiar nie wpływa pozytywnie na organizm, jednak nie należy całkowicie eliminować soli ze swojej diety. Warto pamiętać, że sól jest potrzebna, by organizm ludzki mógł dobrze funkcjonować. Aby zoptymalizować korzyści płynące ze spożycia soli, dobrym pomysłem jest zmiana zwykłej soli kuchennej na sól morską.
Właściwości soli
Sól dostarcza sodu, który jest niezbędny człowiekowi do normalnego funkcjonowania. Sól odgrywa ważną rolę podczas skurczów mięśni, stymulacji nerwów, właściwego funkcjonowania nadnerczy i innych procesów biologicznych. Poza tym dostarcza chlorku, który wspomaga produkcję kwasów niezbędnych do trawienia białka i enzymów podczas trawienia węglowodanów. Chlorek jest niezbędny również do właściwego funkcjonowania i wzrostu komórek mózgu. W składzie soli jest także magnez, który spełnia ważną rolę w produkcji enzymów, przewodzeniu impulsów nerwowych, tworzeniu kości, formowaniu szkliwa zębów oraz w odporności na chorobę serca. Niemowlęta i małe dzieci potrzebują soli, by ich mózgi mogły się dobrze rozwijać(...) sól morska jest wysokiej jakości produktem, który jest suszony bez użycia chemikaliów. Znajdują się w niej mikroskopijne żyjątka morskie, co przyczynia się do obecności naturalnego jodu. Sól morska jest szara i może być lekko wilgotna. Oznacza to, że zawartość minerałów jest wysoka. Ze względu na swój mocny smak, sól morska powinna być stosowana w mniejszych ilościach niż sól kuchenna.
Czyli na wszystko jest sposób i metoda. Dlaczego urzędnicy nie pomyśleli o takich rozwiązaniach?? Zamiast całkowitej eliminacji po prostu wystarczy pokazać, że  można „dosmaczać” w inny sposób. Ostatnio rozbawił mnie spór wokół krakowskiego precla. Że ten z solą nie może być sprzedawany w szkolnych sklepikach. A co z sezamem na innych preclach, na który jest tak wiele osób uczulonych?? I który należy do najgroźniejszych alergenów? Też powinny być zakazane, bo lepiej dmuchać na zimne? A może niech dziecko je na własna odpowiedzialność?? No absurd goni absurd. I nie chcę tu krytykować rządu czy też  bawić się w politykę! Po prostu nie podobają mi się pewnie działania. Zrobiono coś na szybko, bez przewidzenia konsekwencji (to TYLKO moje zdanie). Czy nie byłoby  prościej zamiast zakazywać po prostu uczyć „co i jak jeść”?? Że zamiast cukierka/lizaka o smaku truskawkowym lepiej zjeść garść truskawek (nawet z cukrem i śmietaną)?? Że baton to nie tylko coś baaardzo  słodkiego ze sklepu, że można zrobić je samemu (pamiętacie batony dla moich narciarzy?). Że można zrobić chipsy z marchewki, buraka, jabłka... No właśnie, ja UWIELBIAM chipsy, ale ze względu na Bąbla nie kupuję ich, choć czasem skusimy się na chrupki kukurydziane z sola morską, serowe, czy też o smaku ketchupowym firmy McLloyd’s. Mają fajny skład:  Kukurydza 70% (mąka i/lub ziarna), olej słonecznikowy, ketchup z przyprawami 5%(pomidory, mąka kukurydziana, koncentrat pomidorowy, pieprz czarny, czosnek, dwutlenek krzemu, sól, serwatka w proszku (z mleka), przyprawy ( w tym papryka w proszku, czosnek w proszku) cebula, syrop glukozowy w proszku( z kukurydzy) ekstrakt drożdżowy (z kukurydzy), cukier, olej słonecznikowy, naturalny smak ekstrakt z papryki. Wszystkie składniki pochodzenia ekologicznego -  to te ketchupowe, serowe mają w składzie ser cheddar. A kosztują tyle, ile „normalne” chipsy. I to nie jest reklama, to po prostu stwierdzenie faktu.  I  co najważniejsze kupuję je w osiedlowym sklepie, nie supermarkecie (no czepnęłabym się tylko tego syropu glukozowego).
Czyli można „zgrzeszyć” zdrowo. Do tego wspomniane już wcześniej suszone owoce. Widziałam gdzieś rodzynki pakowane w takie małe, kolorowe pudełeczka idealne do kieszonki jako dodatek do  drugiego  śniadania. Czy np. suszone jabłka, moja Mama zrobiła przepysze w ubiegłym roku w suszarce do grzybów.  Tak sobie myślę, że w końcu i ja zainwestuję w taką suszarkę by  samemu robić jabłuszka właśnie, gruszki, marchewkę i buraki. Idealne na zimowe wieczory, jako "dodatek" do książki ;)

I co najważniejsze, zmieniając swoje nawyki, pokazując Stasiowi że można inaczej, żadne ministerialne dekrety, nakazy, zakazy nie będą potrzebne. Bo moje Dziecko z przyzwyczajenia sięgnie po  coś zdrowego... No tego przynajmniej sobie (i Wam) życzę.
Pozdrawiam 
i miłej niedzieli Kochani...
Ania
 i na koniec tytułowy niedzielny kadr...

10 komentarzy:

  1. Oj, temat na czasie. U mnie w szkole zamknięto sklepik. Raz, że by się pewnie nie opłacało, a dwa potrzebne było pomieszczenie na szatnię dodatkową.
    Ale za to jest automat, gdzie można kupić wodę, sok pomarańczowy czy słonecznik, orzeszki (bez soli i tłuszczu), czy mieszankę studencką. Sklepik utrzymywał się głównie dzięki chipsom i jak teraz myślę to faktycznie nie ma ich zbyt dużo na korytarzach, w sensie dzieci raczej nie przynoszą swoich z domu :))
    Jeśli chodzi o obiady szkolne to nasze panie jednak używają soli (w ograniczony sposób). No bo jak nie posolić ziemniaków czy kaszy? Natomiast nie ma już chyba 3 rok z rzędu vegety i tego typu polepszaczy smaku. A dzieci chętnie jedzą, bo panie gotują naprawdę dobrze. Jest i wątróbka i naleśniki i bigos i kotlety i kurczak pieczony..... Smacznie!
    Ja też lubię niezdrowe przekąski, ale staram się bardzo ograniczać. Nie pamiętam kiedy kupiłam sobie chipsy, choć lubię skubnąć czasem jakiegoś. Ale też przepadam za orzechami (zgubne - bo tłuste)...... Czasem się zdarzy pseudo woda smakowa......

    Ale mądrze mówisz Aniu, reforma nieprzemyślana do końca. Zamiast zabraniać trzeba uczyć innego stylu życia. Słychać też głosy sprzeciwu, że rodzice mają prawo decydować o obiadach, skoro za nie płacą, a ministerstwu nic do tego. Coś w tym jest.......

    Pozdrawiam ciepło :))
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Madziu :)
      tak, temat na czasie, ale to czysty przypadek :) napisanie tego posta chodziło już za mną długo i wczoraj tak naturalnie jakoś myśli przelały się na papier, a w zasadzie ekran komputera :) zresztą juz chyba kilkakrotnie pisałam o tym na blogu, bo przeraża mnie wszechobecna chemia w żywności, środkach czystości, odzieży - we wszystkim jednym słowem. I tak, jak mogę wybierać ubrania z sh (http://ulicaekologiczna.pl/zdrowy-styl-zycia/second-hand-–-stylowy-i-tani-sposob-na-ekologie/), do mycia białego jelenia, to z jedzenia po prostu nie da się zrezygnować. Przypomniało mi się pewne zdarzenie, teraz sama się tego wstydzę, ale muszę to napisać. Robiąc kiedyś zakupy zauważyłam kartkę „ser bez laktozy”, czy coś podobnego, i na moje pytanie pani sprzedawczyni odpowiedziała, że jest to ser bez mleka(!). Kupiłam tym bardziej, iż cena była niska (jak napisałam było to w czasach gdy często cena – najniższa oczywiście – powodowała, że kupowałam jakąś rzecz czy też nie) smakowało ohydnie. Wówczas jeszcze do mnie nie dotarło, że był to wyrób seropodobny, dopiero po 2-3 latach „dostałam olśnienia”.
      Szkoda, że tyle sklepików szkolnych zostało zlikwidowanych, ludzie potracili pracę i dziecko jeśli będzie chciało to i tak kupi batona, colę czy też chipsy. Gdzieś w necie widziałam reklamę sklepu : „u nas kupisz to, czego nie ma w szkolnym sklepiku”. Jak napisałam, nie należy zabraniać ale pokazywać że jest inna droga, że można inaczej. Że mogą być i chipsy i batony, ale w innym wydaniu... Ale czego się spodziewać, jeśli już od najmłodszych lat bąble jako przekąski w piaskownicy dostają puchate buły, parówki i pączki - widzę to niemalże codziennie i na osiedlowym i przedszkolnym placu zabaw. A jak mnie wkurza dziecko na zjeżdżalni (lub wspomnianej piaskownicy) z jedzeniem! Chyba higieniczniej jest by dziecko zjadło w domu (a gdy nie ma takiej możliwości to na ławce) niż w piasku, który nie jest na noc przykrywany i z pewnością jest siedliskiem bakterii. Nie ja nie jestem przewrażliwiona (a może jestem) ale to mnie bardzo wkurza, bo okruchy lecą do piachu, od tłustych paluchów są brudne poręcze i tp. Przed oczyma mam 4-latkę z pizzą i colą na zjeżdżali i zadowolonego tatusia z drugim kawałkiem pizzy na ławce...
      Fajne są takie stołówki, gdzie Panie gotują z miłością, sprawia im to frajdę a nie odbębniają pańszczyznę lub o zgrozo jest catering. Gdzie obiad smakuje jak u mamy, lub przynajmniej ulubionej cioci ;))
      Pozdrawiam serdecznie
      Ania
      Ojjjj... strasznie dłuuuugi mi ten komentarz wyszedł ;))

      Usuń
    2. U mnie sklepikiem zajmowała się jedna z nauczycielek, a sprzedawali sami uczniowie :))
      Nauczyciele też kupowali pyszne (!!) słodkie buły i pyszne (!!) pączki..... :) A teraz mamy chipsy jabłkowe - smaczne (!!) :)) Ja nie narzekam ;)
      Buziaki.

      Usuń
    3. ale fajny pomysł by sklepik prowadzili uczniowie :)))
      słodka bułka czy też pączek jeśli jest dobrej jakości to na pewno dużej szkody dla organizmu nie zrobi ;)) jeśli jest oczywiście zjemy je chociażby raz w tygodniu, a w pozostałe dni np. fajne kanapki z sezonowymi warzywnymi pastami/pasztetami i np. chipsy jabłkowe - takie jest moje zdanie :)
      Madziu dziś w wolenej chwili napisze maila :)
      idę budzić Stasia i zaczynamy wtorek ;))
      pozdrawiam serdecznie
      i miłego dnia
      Ania

      Usuń
  2. A wiesz, że dokładnie dziś zastanawiałam po raz kolejny na ten temat? Wpadłam przypadkiem na jakiś filmik, a teraz na Twój wpis, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że idę dobrą ścieżką. Od kilku lat wczytuję się w etykiety, wybieram i staram się kupować świadomie. Szukam sklepików z dobrymi wędlinami, nie stosuję ulepszaczy smaku, tylko sól (morska właśnie) i pieprz i inne naturalne przyprawy, zwłaszcza te wyhodowane samemu. Z dzieciakami lubimy razem sobie pogotować, choć tak samo muszę mieć czujność jak na poligonie;). I tak mnie ciągnie do takiego zwykłego, naturalnego życia... Jedzenia, które smakuje jedzeniem, które biegało sobie za życia w wolności i na słonku;) Jednak, tak jak o tym rozmawiamy sobie w domu, to konkluzje są smutne - my świata nie zmienimy. Możemy sami szukać i wybierać to co nam pasuje. Jednak "postęp" cywilizacyjny to szybka produkcja, szybka konsumpcja itd. Skoro jest zapotrzebowanie na taką tanią żywność, będzie ona wciąż produkowana. A to co zdrowe, będzie coraz droższe...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madziu :)
      Fakt, czytanie etykiet może często spowodować ból głowy :) substancje, których nazwy często trudno wymówić zastępują niemalże wszystko – smak, zapach, konsystencję. Z drugiej strony, te „zdrowe” mają takie ceny, że ludzie przy codziennych zakupach nie biorą ich pod uwagę... rozumiem, taki jest mechanizm rynku, iż musi być dużo i szybko, efektywnie to się nazywa... ale czy tak naprawdę trudno wyprodukować jogurt bez polepszaczy, z żywymi kulturami bakterii, naturalny by każdy mógł według upodobać wzbogacić go owocami?? Czy tak trudno jest upiec chleb, który przez tydzień będzie świeży? I w przystępnej cenie??? Zamiast 10 kg ciastek z mrożonki można przecież 5i jeśli będą dobre to na pewno znajdą rynek zbytu ;)) nie wiem, ale tak myślę i chyba jestem NAIWNA w tych moich rozmyślaniach ;)
      Tak naprawdę to i Staś zna smak MC Donalda ;) czasem raz na 3-4 miesiące robimy sobie wycieczkę do Fast fooda ;) i dla Bąbla frajdą jest nie jedzenie, ale zabawka (bo jak pisałam już pewnie nie raz nie kupujemy na co dzień takich „badziewiastych” zabawek) czy też możliwość zabawy w tych gimsalach (czy jak one się nazywają)... nie robimy tego z tego wielkiego halo, nie celebrujemy, McDonalds nie jest nagrodą, by nie tworzyć magii tego miejsca ;) ot, miejsce jakich wiele... domowe hamburgery (ostatnio wege z kaszy jaglanej) smakują równie dobrze, a pieczone ziemniaki są 100 razy lepsze od frytek ;)
      I jak fajnie, że ktoś rozumie moje dylematy, myśli podobnie :))))
      Pozdrawiam serdecznie
      Ania

      Usuń
    2. Dlatego właśnie kilka dni temu nastawiłam swój pierwszy zakwas, a dziś będę robić zaczyn na chlebek:D Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    3. suuuuuuuuuuuper :))
      ja muszę też zdobyć się na odwagę i nie gadać tylko to po prostu zrobić :))) dostałam przepis od cioci mojego męża na domowy chleb ale na drożdżach i chyba zacznę od niego... później przyjdzie czas na chleb na zakwasie i testowanie przepisów z ksiazki Liski ;))
      powodzenia i miłego piątku :)))

      Usuń
  3. We wszystkim potrzebny jest zdrowy rozsądek.
    Aniu polecam pieczone w piekarniki buraczki są słodkie i pyszne.Trzeba pokroić w plasterki i piec w temp 180stopni
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jago :))
      masz rację :)) i jak napisałam przed chwilą i my chodzimy do Maca i nie wstydzę się tego :)) tylko, że nie codziennnie, nie raz w tygodniu, ale co 3-4 miesiace :)) i my jemy pizzę i czasem pierogi z garmażerki ;)) ważny jest właśnie umiar i czytanie etykiet by nie faszerować się chemią bez potrzeby :))
      a przepis na buraczki zapisuję :))
      pozdrawiam serdecznie
      Ania

      Usuń

Dziękuję ...